Nowe Żukowo – 4×20+ / bigfish akwenu!!!

Nad wodę przyjechałem po pracy późnym popołudniem. Szybko rozstawiłem biwak i jak najszybciej zabrałem się za sondowanie miejscówek. Byłem pierwszy raz na tym stanowisku, dlatego pływałem dobre 60 minut. Wydawało mi się, że wszystko mam ogarnięte. Uszykowałem zestawy, zanętę, chce wywozić, a punktów zapisanych brak☹. Pierwszy raz mi się to zdarzyło. Sam nie wiem, dlaczego te punkty zniknęły. No nic, robotę zacząłem od początku. Miałem już, co prawda przybliżone miejsca w głowie, ale namierzenie ich ponowne i zapisane zajęło mi kolejne 0,5h.
Klasyk! Źle się zaczęło, więc musiało dobrze się skończyć. I tak faktycznie było…10 minut po wywózce ostatniego kija odezwał się sygnalizator, niewiarygodne…
Wieczorem było tylko to jedno branie. Mimo, że doszły jeszcze 3 kije kolegi, centralki milczały. Wcześnie poszliśmy spać. O 3.40 odezwał mnie pik i powolny odjazd. Wyglądało jakby ryba płynęła z ciężarkiem i haczyła o żyłkę. Żadnych gwałtownych ruchów, tylko powolny stonowany odjazd. Po czasie odnoszę wrażenie, że mogła nie czuć, że w ogóle jest na haku. Kiedy wybiegłem z przyczepy poczułem ziąb. Woda parowa. W pojemniku z wodą, było widać delikatny szron, a mata na zewnątrz miała widoczne oznaki delikatnego lodu. To była ostatnia noc na minusie. Złapałem wędkę i zacząłem holować rybę do brzegu. W między czasie kolega doszedł, uszykował podbierak i zaczęło się oczekiwanie. To było pierwsze 20+ tego wyjazdu. Było zimno, więc szybko uwinęliśmy się z rybą.
Dochodziła godzina 14.30. Słońce jak na tą porę roku w tym dniu grzało szczególnie. Schowany w cieniu za krzakiem z wędki położonej ze środka stanowiska usłyszałem delikatne branie. Sygnalizator powolutku, a później w trybie ciągłym zaczął wyć co raz głośniej. Siedziałem 5m od kija, więc reakcja moja była natychmiastowa. Hol od samego początku nie był trudny, ale czuć było duży ciężar. Powolutku, krok po kroku, nawijałem na kołowrotek kolejne metry żyłki. Ryba, pierwszy raz pokazała się jakieś 4m od pomostu. Uwierzcie mi nogi mi się ugięły. Jakieś 0,5 godziny wcześniej z sąsiadem rozmawiałem o tej rybie. Opowiadałem mu o jednym z największych karpi tego zbiornika. To jest niewiarygodne jak to wszystko się poukładało. Rozmawiać i podziwiając tego karpia to jedno. Przechytrzyć i holować to już zupełnie coś innego. Nawet o nim nie marzyłem. Zobaczcie jak to w życiu szybko się zmienia. Tak jak już wspominałem, mój okaz pokazał się na powierzchni. Złapał powietrze i zanurkował ponownie. Ta kolejna minuta trwała dla mnie godzinę. Widząc tą ogromną, piękną rybę, chciałem mieć już go na macie. Metr po metrze i w końcu jeden z największych karpi tego akwenu wpływa do mojego podbieraka😉. Cud!
Po tym braniu i pięknym białym złocie, bo był on bardziej biały niż większość złotych, wszystko ustało. Zrobiła się cisza. Na jedną pełną dobę. Na zewnątrz w pogodzie nic się nie zmieniło. Nadal świeciło słońce, wiatr był ten sam. Nie zmieniałem również niczego w moich zestawach, zanęcie czy taktyce. Po prostu albo ryba wypłynęła z mojego obszaru, albo nie chciała pobierać. Miałem w sobie po tych dwóch wyciągniętych rybach tyle emocji, że cierpliwie czekałem na dalszy rozwój sytuacji. Tak w ogóle na tym wyjeździe dojrzeć rybę u mnie na echo graniczyło z cudem. Moja echosonda w ciągu tych 3 dni zarejestrowała i zasygnalizowała dwie ryby. To jest kolejny przykład, a mam ich w moim doświadczeniu ogrom, że nie powinniśmy zestawy stawiać, kiedy zobaczymy ryby na echo, tylko szukać na swoim stanowisku czegoś wyjątkowego w dnie. Czegoś, co odróżnia się od innych miejsc lub coś charakterystycznego w wodzie typu marker, skraj trzcin, jakieś zatoczki etc. Wszystko, co jest inne, często przynosi efekty. Musimy też spojrzeć, co w danej porze roku rybom może kojarzyć się z pokarmem.
Niedziela była bardzo gorąca. Kolejny dzień majowego „lata”. Postanowiliśmy nie siedzieć do końca, tylko zwinąć się rano. Wstaliśmy o 6.00. zrobiliśmy sobie kawę i rozsiedliśmy się w fotelach. Lubię tak bezczynnie siedzieć i obserwować wodę. Moja forma integracji z naturą. Ciekawostką jest fakt, że przez te 3 doby, zauważyłem tylko 2 spławy na moim stanowisku. To było fascynujące. Ryb na echo nie widać, nie spławiają się, a jednak biorą. I to jakie! Przyroda jest zawsze nieprzewidywalna. Wypiliśmy kawę i moja kolejna wędka się rozjechała. Brania miałem na wszystkie 3 wędki, także nie był to cud jednej miejscówki😊. Kiedy ją podebraliśmy wagę w podbieraku oszacowałem na 18-20kg. Wiedziałem, że mam kolejnego grubasa, ale nie myślałem, że będzie to kolejne 20+ tego wyjazdu. To była moja 5 ryba tej zasadki z czego 3 karp 20+
Gdybym miał to podsumować powiedziałbym tak. Zagrało wszystko to, co miało zagrać. Początek był kiepski, a finał rewelacyjny! Złowiliśmy 9 karpi 20,3; 23,1; 25,7; i jedną z największych ryb tego zbiornika, karpia o wadze 27,5kg. Reszta była w przedziale 12-19,2kg. Jak dla mnie Petarda!
Do zobaczenia nad wodą!